Witajcie w nowym roku! W drugą dekadę XXI wieku weszliśmy z przytupem na dwie nóżki, a dźwięk, jaki się spod obcasów wydobył, brzmiał jak „F” i „B”. To nowe dziesięciolecie bardzo przyjemnego obdzierania siebie z resztek prywatności i dywersyfikacji działalności internetowych molochów. W końcu człowiek zmierza ku chmurom. Ku chmurze. Dziś jednak nie opowiem bajeczki o Facebooku opisującej go w skali makro. Będzie to tragedia, póki co w jednym akcie, niedokończona; gdzie żywota dokona dramatis persona: blog Lukaszqa. Na pewno?
Podświadomie zacząłem traktować własną twórczość i aktywne uczestniczenie w sieci (nie mylić z social networkingiem) jak zupkę w proszku. Jak żarcie do mikrofalówki. Po co mam z pietyzmem oddawać się idei slow-foodu w kuchni, pichcąc pyszności według przepisów babci, skoro w ciągu kilku minut mogę rozkoszować się smacznym daniem? Nawet jeżeli są to tylko puste kalorie, a orientalny aromat – glutaminianem sodu. Zgłodnieję, to za chwilę sięgnę po coś nowego. Film, wpis na blogu, wykop, komentarz, tweet – ciach!, prach!, dawać następne!

Autor: Franco Bouly, CC-BY-ND 2.0
Social networking daje nam w tej chwili wszystko to, co pozwala wyrażać swoje myśli, ekscytacje i podniety. Wraz z rozwojem Facebooka i Twittera, gdzie mam przynajmniej kilkudziesięciu stałych „odbiorców”, po co miałbym pisać własnego bloga, nie mającego żadnej konkretnej tematyki? Pierdoły i chwilowe sensacje mogę sobie wyćwierkać. Czy ktoś w ogóle oprócz mnie to czyta? Tak, ruskie botnety – dop. русский ботнет. Złotym środkiem może być serwis typu Tumblr, który jest takim WordPressem instant. Nie przekonuje mnie to jednak do większej aktywności e-piśmiennej. Może to i dobrze. Ilość, nie jakość? No way! Z drugiej strony skąd energię czerpią ludzie, którzy nie prowadzą bloga tematycznego, a wpisy z różnych dziedzin zamieszczają z zaskakującą regularnością? Nie są prokrastynatorami. Ha! Trafiłem w sedno.
Taniochę zawsze łatwiej sprzedać i łatwiej spożyć. Do wpisu blogowego muszę się przyłożyć – nie napiszę notki w 2 minuty. Social streaming i automatyczne odświeżanie rozwala mnie od środka, nie popędzając synaps do galopu. Nie wierzę, że nie mam nic do powiedzenia – czasem trudno zamknąć mi jadaczkę.
Nie zamierzam jednak rezygnować z uzależnienia od „fejsa” – póki nie trzeba dzielić się informacjami medycznymi, pofolguję sobie trochę. Zaś co do blogów i tworzenia contentu powrócę następnym razem w iście ekomersowym stylu.



Pisz, pisz, pisz, pisz, pisz
no właśnie pisz pisz
ja to czytam i bardzo mi się podoba !!!