Minął już ponad tydzień od zakończenia Wikimanii 2010 – międzynarodowej konferencji Wikimedia. Zapewne dla większości z Was nieobce jest słowo Wikipedia, a i pewnie zdarzyło się Wam z niej nie raz skorzystać (chyba, że wasz chomik nie napędza prądnicy tak, by zasilić komputer). Ale czy zastanawialiście się kiedyś, jak to się dzieje, że w sieci dostępna jest tak wielka skarbnica wiedzy – i to całkowicie za darmo? Kryje się za tym sztab ludzi: wolontariusze z całego świata, niosący kaganek oświaty ku bezkształtowi cyberprzestrzeni. I ci właśnie pasjonaci zjechali do Gdańska w dniach 9-11 lipca bieżącego roku, by porozmawiać o problemach, narzędziach i ideach pozwalających tworzyć najważniejszy wynalazek ludzkości oparty o Internet.
Na imprezę dotarłem dopiero trzeciego i ostatniego zarazem dnia jej trwania, gdyż uznałem go za najciekawszy pod względem prezentowanych wykładów. W Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance, gdzie odbywała się konferencja, byłem po raz pierwszy. Sam budynek robi spore wrażenie i jest znakomitym dowodem na to, że współczesna architektura może znakomicie współgrać z historycznym otoczeniem i nie musi przerywać kreowanej od wieków urbanistycznej tkanki fanaberiami „wizjonera-futurysty”. Po odebraniu identyfikatora i koszulki przyszedł czas na posiedzenie plenarne z udziałem Jimmy’ego Walesa – faceta, od którego to wszystko się zaczęło. Jimmy podczas swojej prezentacji naświetlił problem z rozwojem Wikipedii w językach lokalnych, które nie są językami oficjalnymi – ich pisownia sprawia problemy natury technicznej (byłem tym faktem zaskoczony – myślałem, że Unikod wszystko załatwi). Z opinii liderów „małych” Wikipedii można wysnuć wniosek, iż wierzą w moc sprawczą Walesa, który „powinien ich odwiedzić” i reprezentować ich interesy przed software’owymi potentatami. Światełko nadziei jak najbardziej się pojawiło, więc można spodziewać się wkrótce systematycznej eliminacji tych niedogodnosci i Wikipedie będą znakomitym nośnikiem wiedzy w mało popularnych językach.
Po tym wstępie wybrałem się posłuchać panelu o sytuacji ruchu wolnej kultury na całym świecie. Wikipedia i projekty pochodne całkiem nieźle wywiązują się z dystrybucji wolnej wiedzy, choć brakuje czasem dostępu do elementów składowych tego przedsięwzięcia. Wolny dostęp do dzieł sztuki czy kultury niestety ciągle kojarzy się artystom z „oddaniem własnej pracy za darmo”. Coś, co znakomicie przyjęło się na gruncie współczesnej informatyki (Free Software Foundation, GNU), nie jest łatwo przenieść na pozostałe pola kultury niematerialnej. Najprostsze w tym wszystkim jest wysunięcie tezy: jeżeli artyści zaczną udostępniać swoje prace np. jako Creative Commons, podmioty odpowiedzialne za sprzedaż treści i dostępu do niej będą miały mniej kasy. Jak zwykle o błędzie decyduje czynnik ludzki i podejście do kwestii prawnych – to już jednak praca na kolejne lata.
Kierując swe kroki ku sali, gdzie miały odbyć się warsztaty dotyczące kultywowania dziedzictwa kulturowego za pomocą narzędzi typu Wiki, nie oczekiwałem takich rewelacji, o jakich przyszło mi tam usłyszeć. Liam Wyatt opowiadał o współpracy British Museum z Wikipedią, celem rozwoju artykułów o eksponatach gromadzonych przez instytucję, a także sprzężenia WikiReadera z trasami wycieczek po gmachu muzeum. Potem przyszła kolej na imponującą inicjatywę przeniesienia porzuconej przed laty Enciclopedia Chilena do darmowych repozytoriów Wikiźródeł. Zaledwie kilku pasjonatów dokonuje tytanicznej cyfryzacji maszynopisów, a nawet rękopisów! Dowiedziałem się też, że argentyńska telewizja państwowa współpracuje z lokalną fundacją wolnej kultury, zezwalając na archiwizację historycznych audycji radiowych i programów telewizyjnych. W ten sposób każdy za darmo może posłuchać przemówienia Evity Perón w oryginale, bądź zobaczyć relację z wojny o Malwiny („lub Falklandy, dla osób anglojęzycznych”
).
Przed zamknięciem imprezy posłuchałem sobie o zaangażowaniu społeczności w tworzenie projektów Wiki. I tu natrafiłem na nasz lokalny akcent, bo Kocio, Polimerek i Przykuta (grupa trzymająca władzę w polskiej Wikipedii) opowiadali internacjonalistycznej gawiedzi o Wikiekspedycji, czyli łączeniu przyjemnego (wycieczki krajoznawczej) z pożytecznym (zbieranie materiałów, robienie fotografii). Miłym ozdobnikiem było zdjęcie z finału zeszłorocznej wyprawy – z moją gębą na czele.
Spośród wszystkich prezentacji w tym bloku nasza, polska, cieszyła się zdecydowanie największym zainteresowaniem. W międzyczasie naświetlony został problem adaptacji nowych użytkowników i generalnie problem japońskiej Wikipedii. Jak na niewielką ilość aktywnych edytorów liczba artykułów „skośnookiej” encyklopedii i tak robi wrażenie. Zresztą nie dziwię się – przecież to naród nerdów. Wśród maniaków mangi i ramen na pewno znajdują się otaku literatury naukowej.
Nadszedł czas na uroczystość zamknięcia Wikimanii 2010 w Gdańsku. Po krótkim filmie zachwalającym gospodarza następnej edycji (Hajfa) przyszła kolej na typowo polskie, niekończące się podziękowania. Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, chlapnął niezły spicz w języku Szekspira, odmiana „greenpoincka”. Były uściski, pozdrowienia od Lecha Wałęsy (który pewnie siedział na Gadu-Gadu, więc nie mógł przyjść) i miłe słowa Jimmy’ego Walesa. Nadszedł czas na grupowe zdjęcie przed budynkiem filharmonii i… każdy rozszedł się (lub „rozleciał”) w swoją stronę.

Jimmy Wales i ja, autor: Yishai G., CC-BY-SA 3.0
I choć nie jestem zbyt zaangażowany w sprawy związane z istnieniem Wikipedii jako instytucji (wpływam tylko na jej treść), to uważam, że każdy entuzjasta tego nośnika wiedzy powinien był przyjść i posłuchać, jak to wszystko wygląda od kuchni i co jeszcze można poprawić, czego możemy oczekiwać. Encyklopedyści z całego świata z wielką pasją wkładają swoją pracę w coś, co nie przyniesie im żadnych korzyści materialnych – już choćby dla obserwowania tego zjawiska warto było pojawić się w Gdańsku. „Free knowledge in the City of Freedom” – głosił napis na konferencyjnym t-shircie. To jedno z najlepszych haseł, jakie widziałem na koszulkach.
Pragnę podziękować Paulinie i Dawidowi za bardzo przyjemnie spędzony weekend, świetne rozmowy, wikt i opierunek.





„Cudze chwalicie, swego nie znacie”…
Jeżeli chodzi o digitalizację, zasobów dziedzicta kulturowego, to proponuje zapoznianie się z takimi poslkimi projektami jak FBC, WBC, czy dLibra czy Europeana. Dziesiątki milionów Euro zostały przeznaczone na przetworzenie zarówno starodruków, audio, video, obrazów. W tej chiwli przetwrzane są dane przed II Woją Światową, ze względu na brak spadkobierców praw autorskich. Poza tym rusza kolejny polski projekt dMuseion. Jeżeli znają się instytucje chętne z tego korzystać, to myślę, że będziemy mieć się czym chwalić.
Cóż, osobiście uważam, że Wikipedia jest najbardziej wartościowym produktem Internetu.
Dzięki za relację!
Dzięki, że zwróciłaś uwagę na rzecz, którą pominąłem w tekście. Fajnie, że wymieniłaś te projekty, sama jednak wspomniałaś, że digitalizowane są obecnie materiały public domain, a jeśli chodzi o Enciclopedia Chilena czy materiały argentyńskiej telewizji – nadal obowiązują je pewne prawa autorskie.
Na wykładzie dowiedziałem się, że prawo autorskie – jeśli chodzi o media publiczne – jest w Argentynie ciekawie zbudowane. Jeżeli w kraju dzieje się coś ważnego, rząd ogłasza, że wszelkie materiały nadawane przez określony czas w TV czy radio publicznym są wolne od kopirajtów – więc można sobie z nich korzystać do woli nawet w komercyjnych źródłach. Nie wszystkie jednak materiały z ważnych okresów w historii państwa są uwolnione – i właśnie uzyskiwaniem zezwoleń na archiwizację i samą archiwizacją zajmuje się ta organizacja.
Ciekawy tekst, trochę się dowiedziałam o cioci Wiki, której tak wiele zawdzięczam
Niesamowite jest w niej właśnie to całkowicie dobrowolne angażowanie się zwykłych ludzi (a jednocześnie przez to co robią – niezwykłych) w szerzenie wiedzy wśród reszty społeczeństwa.
Trafiłam tu przez facebook, muszę przyznać, że miło się Ciebie czyta, pozdrawiam!
PS. A to mnie urzekło niesamowicie: „Uśmiechaj się często, bądź dla innych serdeczny i szczotkuj zęby dwa razy dziennie.” ;D
Chcemy wiecej twórczości,
podpisani: hejterzy =p