Myśl ta, zaczerpnięta z opowiadań Andrzeja Sapkowskiego, tak bardzo wryła mi się w pamięć, że prawdopodobnie pozostanie ze mną do końca mych dni i bezczelnie przywoływać ją będę przy każdej nadarzającej się okazji. Z pozoru tylko to zdanie wydaje się być określeniem naturalności zmian zachodzących w przyrodzie, tudzież ideą towarzyszącą procesowi recyklingu. Dla mnie jednak te sześć słów ma wyjątkową wartość. Ot, tak sobie ubzdurałem, że będę używał ich przy specjalnych okazjach, tak samo jak na chrzciny czy pogrzeb wkłada się tą jedyną, odświętną koszulę.
Okazja chyba jest wyjątkowa. Ja wiem jedno: dla Ciebie to zwykłe pieprzenie, dla mnie powrót do pewnego rodzaju celebracji codziennego życia. Powrót do podejmowania rękawicy każdego ranka i zejście z widowni, na której – sam nie wiem jak – się znalazłem. Czy wytrwam? „Tyle było za nimi. A przed nimi było wszystko.”
Od mojego ostatniego wpisu na tym blogasku minęły ponad dwa lata. Przez ten czas domena spokojnie wisiała w bezmiarze internetu, czekając na swoje lepsze czasy (dla wielu czytelników kolejne lata klęsk i nieurodzaju – mam Was w dupie!). Co było tego przyczyną? Cholera wie. W ciągu tych miesięcy trochę ciekawych rzeczy się wydarzyło, a wszystkie miały wspólny mianownik: Warszawa. Wyjechałem z rodzinnych stron, odetchnąłem wielkomiejskim smogiem. Dotykałem ścian kamienic, na których osadziły się wczorajsze tragedie, jutrzejsze marzenia i dzisiejsze tłuste spaliny. Nie wspomnę nawet o całodobowych kebabowniach i pijalniach trunków wszelakich – byle by tylko pościnać białko mózgownicy…
Są jednak w życiu takie okazje, gdzie trzeba podjąć krytyczne decyzje. Jak w grze komputerowej. Pewne okoliczności spowodowały, że po ponad dwu latach wracam do Suwałk. Wracam w miejsce, gdzie się urodziłem, by tu przedefiniować moją ścieżkę życia. Czy to źle, czy to dobrze – nie wiem. Na pewno będzie inaczej.
Stolica naszego pięknego kraju nauczyła mnie sporo pokory, a także zapoznała z wieloma przesympatycznymi menelami, dzięki którym ostatnią kasę łatwiej było wydawać na alkohol, niźli na zaległy rachunek. To na Ursynowie i na Bielanach w moim czerepie narodziły się inspiracje, z których być może uda mi się kiedyś coś wykuć. Czy to będzie perła w mojej twórczości, czy kompletny syf – czas pokaże. No i widok Starego Miasta z wieczornego Mostu Gdańskiego jest niesamowity.
Otwórzmy szampana. Trzy lata temu tak samo otwierałem swojego poprzedniego blogaska – szampańskim JPG-iem. Nie ma co się rozwodzić nad istotą rzeczy, która tak naprawdę nie istnieje (?). Wyłówmy lepiej truskaweczkę.

Autor: Steve Ryan, CC-BY-SA 2.0
Smakowita. Mam nadzieję, że przynajmniej częściowo tak jak treść, która w tym miejscu zagości. Nie mam ochoty na bloga tematycznego, wypasionego, łeb-dwa-zerowego. Ten blogasek po prostu będzie prywatny, pomimo małej reklamy, którą na dole wkleiłem (jestem łasy na kasę, więc zachęcam do codziennego oglądania banerka
). To chyba dobrze, przyda mi się terapia.
Uśmiechnij się! I odstaw pigułki… Głód grafomana jest silniejszy od snikersa i toffifee razem wziętych. Miłej lektury.



Nie myślałam Łukaszu, że masz takie zdolności pisarskie – świetnie czyta się to co napisałeś, szkoda tylko, że wracasz w swoje rodzinne strony. Mam jednak nadzieję, że będzie nam dane spotkać się jeszcze kiedyś i kto wie może przetańczyć kolejną noc na jakimś weselu
Siema Łukasz. Widzę, że strona ruszyła. Dam linka u siebie. Mam nadzieje, że w przyłości będzie więcej tekstów o retro
Cóż mogę powiedzieć… Masz tego komcia. ;P
Jak coś ruszy z moim projektem, to przypominam, że możesz czuć się scenarzystą.
Gratulacje Łukaszu. Będę tu zaglądał bo lubię Cię poczytać:)
Pozdrawiam i powodzenia
Wujek